Były zawodnik „Dnipro” i „Dnipro-1” Sergiusz Krawczenko podzielił się swoimi przemyśleniami na temat zniknięcia obu tych klubów.
— Z Andrijem Anatolijewiczem Rusolą spotykaliśmy się w „Dnieprze” oraz „Dniprze-1”. Jaki on człowiek i lider?
— Na początku Andrij grał, potem przeszedł na stanowiska kierownicze. Normalne relacje, nic szczególnego nie mogę powiedzieć. Przeszliśmy wspólnie drogę w „Dniprze-1” z drugiej ligi do UPL.
— Andrij Rusol w porównaniu z Andrijem Steceńko to krok naprzód czy w tył w zarządzaniu sportowym?
— Trochę prowokacyjne pytanie, ciężko powiedzieć, z wszystkimi miałem normalne relacje robocze i komunikację.
— Jeśli kontynuować temat Rusola, to czy widzisz jego część odpowiedzialności za zniknięcie „Dnipra” i „Dnipra-1”?
— Myślę, że nie. Kto jest głównym winowajcą — sami wiecie. Z tego, co widziałem, Rusol kocha Dnipro jako miasto. Kochał „Dnipro” i „Dnipro-1”, jako kontynuację. Robił wszystko, co mógł, aby futbol był, w to jestem pewien. A teraz, gdzie mają grać młodzież? Jest baza, jest wspaniały stadion. Miasto — legendarne, a klubu nie ma.
Andrij Anatolijewicz robił wszystko, co możliwe na swoim stanowisku, aby futbol w mieście istniał, a drużyna reprezentująca miasto, nieważne czy „Dnipro” czy „Dnipro-1”, grała w wyższej lidze. Ostatnie lata nie byłem blisko niego, ale nie sądzę, że coś się zmieniło. Robił wszystko, co w jego mocy dla utrzymania istnienia tych dwóch klubów.
— Jak zaproszono cię do „Dnipra-1”?
— Wcześniej miałem kontuzję zimą, potem operację i rehabilitację. Nadszedł lato, powstał SK „Dnipro-1”, jako profesjonalny klub. Dmytro Mychajlenko i Andrij Rusol zaproponowali mi dołączenie.
Sytuacja była podobna do tej, kiedy nie przeszedłem wcześniej z „Dnipra”. Gdyby były interesujące oferty, to wątpię, żebym pozostał w klubie drugiej ligi, ale byłem po operacji. A gdzie miałbym od razu iść do UPL, biorąc pod uwagę wiek? Ofert nie było. Z jednej strony druga liga, co tam robić? Z drugiej: zadania, dobry trener, jeden z najlepszych w Ukrainie, w tamtym czasie na pewno. Do tego własna baza, narodziny dzieci, moje bycie w domu, dobre boiska, stadion. Dlatego postanowiłem podążać wspólną drogą z „Dnipro-1”. I znowu, uważam, że podjąłem dobrą decyzję, bo grałem, czerpałem radość, przeszliśmy z jednego tchu przez drugą i pierwszą ligę i dostaliśmy się do UPL, gdzie również zdążyłem zagrać.
— Co dla ciebie osobiście oznacza „Dnipro” i „Dnipro-1”?
— Najważniejsze, że w tych drużynach spędziłem najdłuższy okres mojej kariery zawodowej. Zawsze grałem dla dniprończyków i ogólnie oddałem temu miastu 12 lat, dlatego to bardzo ważny etap dla mnie jako piłkarza. Poza tym w tym mieście urodziły się moje dzieci, więc nie tylko drużyna, ale i samo miasto jest dla mnie ważne jako człowieka.
— W projekt „Dnipro-1” uwierzyłeś?
— Wtedy oczywiście uwierzyłem. A to, co zrobił Kołomojski z „Dnipro” i „Dnipro-1” może się zdarzyć również z innymi klubami. U nas wszystkie kluby — prywatne. Jutro prezydent powie, że nie chce inwestować — do widzenia! Po prostu w przypadku Ihora Walerijowicza ten procent niestabilności jest znacznie większy.
Wszystkie te długi, zniszczenie klubu z wiekową historią — to oczywiście straszne, ale nic nie możemy z tym zrobić. To się już wydarzyło. Dla mnie „Dnipro-1” to było kontynuacja „Dnipro”. Wszyscy, którzy uwierzyli w ten projekt, mieli nadzieję, że z czasem wróci to samo Dnipro, na bazie „Dnipro-1”. Ale stało się, jak się stało…
To jego pieniądze, pragnienia i argumenty. Uważam, że pewne dźwignie powinny istnieć, ale z drugiej strony — to jego pieniądze, co z tym zrobisz? Tak robić oczywiście nie można, z takim klubem, z historią, z ludźmi, którzy pracowali i kibicowali klubowi, ale co my, zwykli ludzie możemy rozwiązać?
— Jakie było podejście do innych legend „Dnipro”, które potem pracowały w „Dnipro-1”?
— Najśmieszniejsza historia polega na tym, że wielu tzw. „patriotów Dnipro” na początku mówiło, że to nie drużyna, a potem pracowali w „Dnipro-1” i mieli normalne relacje z nimi. A ja, który pozostał z drużyną dniprońską w „dołku” drugiej ligi, byłem zdrajcą.
Wtedy mówili, że oto FC „Dnipro” — klub z wiekową historią, a SK „Dnipro-1” — to nic. A jak to nic? Przez te 7 lat były puchary europejskie, walka o mistrzostwo. To również historia, choć nie bardzo wielka.
Faktycznie pracowało i miało relacje z „Dnipro-1” bardzo wiele ludzi, ale z jednymi kontynuowano przytulanie, a inni byli zdrajcami. Ten sam Sielja normalnie komunikuje się z ultra, chociaż pracował w „Dnipro-1” w ostatnich latach, a wcześniej coś pokazywał za Kołos i był „patriotą”. A ja pozostałem w drugiej i pierwszej lidze, pomagałem młodzieży — i ja jestem zdrajcą. Śmieszne!
Rzecz w tym, że wszyscy od razu rozumieli, dla czego stworzono „Dnipro-1” i że nie ma innego sposobu na pozostawienie futbolu w mieście, ale w tamtym czasie modne było robienie z siebie „patrioty Dnipro”. Ja również jestem patriotą „Dnipro”, kochałem ten klub i tę historię, ale stało się, jak się stało.
— Teraz praktycznie nie ma futbolu w „Dnieprze”, czy komuś to od tego lepiej?
— Teraz rzeczywiście nic nie ma. Jakie perspektywy dla młodzieży, dla dzieci, które trenują w „Dnieprze”? O czym marzą? O grze w „Krywbassi”? Bardzo mi smutno, bo czasami przyjeżdżam w weekendy i rozumiem, że w mieście nie ma futbolu. Chociażby pierwsza lub druga liga? W ogóle nic, to katastrofa! Stadion jeden z najlepszych w Ukrainie, wszystkie warunki: baza, boiska, wszystko super. Jedyną rzeczą — nie ma drużyny.
Ihor Lysenko